Duch obłóczony w Formę - 3
· :Aleksandr
Tu wchodzimy w strukturę. Zakładam, że wiesz, czym jest masach, kli Malchut i Or Hozer – lekcja druga kończy się właśnie na nich. Jeśli nie, przeczytaj najpierw ją
Lekcja trzecia
UCZEŃ:
Witaj, Mistrzu. Czas, jaki upłynął od naszego ostatniego spotkania, nie był już czasem szamotaniny i analitycznego niepokoju, z jakim przychodziłem do Ciebie wcześniej. Lodowaty prysznic pytania o to, kim byłem, zanim zostałem obłóczony w tę formę, stał się moim codziennym punktem odniesienia. Gdy tylko częściowy rozum próbował wciągnąć mnie w stare programy buntu lub szukania korzyści, wracałem do tej przed-cielesnej ciszy. Tam pamięć o duszy gasiła hałas powłoki.
Przez ten czas nosiłem w sobie dwie wielkie tajemnice, które otworzyłeś przede mną na końcu naszej drugiej rozmowy. Zrozumiałem, że Tikun – naprawienie – nie jest walką ze starą naturą ani próbą reperowania rozbitego ego, lecz precyzyjnym przekierowaniem uwagi z wewnątrz na zewnątrz. Pojąłem również, że na skorupie mojego surowego awijut, wokół kli Malchut, muszę wybudować świadomy masach, który odbije przychodzące Or Jaszar i wzbudzi Or Hozer. To w miejscu spotkania tych dwóch świateł, na zewnątrz mojej egoistycznej kropki, rodzi się prawdziwa duchowa struktura – obłóczenie w sefirot.
Jednak im głębiej wnikam w tę architekturę, tym wyraźniej staję przed progiem, którego sam nie potrafię przekroczyć – przed tym paradoksem, który obiecałeś mi wyjaśnić na dzisiejszym spotkaniu.
Z jednej strony wskazałeś, że dusza jest ukryta wewnątrz jak nasiono, a na zewnątrz otacza ją twarda klipa, skorupa formy. Z drugiej strony uczyłeś, że kiedy działa masach, to moje kli – kropka życzenia – znajduje się wewnątrz, natomiast całe nieograniczone światło gromadzi się na zewnątrz, tworząc wokół centrum duchową strukturę, i nazwałeś to regułą odwrotnej zależności świateł i kelim.
Dlatego, stojąc na fundamencie wyciszonej uwagi i pragnąc wejść w prawdziwą naukę, o której pisał Baal HaSulam, kieruję do Ciebie moje pierwsze pytanie na tym nowym etapie:
W jaki sposób mam prawidłowo pojąć w swoim wewnętrznym spostrzeganiu tę odwróconą geometrię ducha, w której to, co wewnętrzne, staje się zewnętrznym, a światło gromadzone przez odbicie Or Hozer buduje naczynie poza kropką Malchut? Jak w żywej pracy ze światłem zachodzi to przejście przy różnicy właściwości między czystym światłem a gęstością moich kelim, abym, przekierowując uwagę, nie zatrzymał się na poziomie ślepego, pierwotnego odrzucenia, lecz autentycznie obłóczył światło w duchowe sefirot?
NAUCZYCIEL:
Żeby zrozumieć odpowiedź na to pytanie, nam przede wszystkim trzeba wyjaśnić kilka bardzo ważnych elementów tej tajemniczej układanki. Przede wszystkim my rozróżniamy dwa różne aspekty i dlatego rozmowa dosyć często przeskakuje z jednego poziomu na drugi. Kiedy my mówimy o duszy jako o duchowym stanie, czyli poziomie świętości, należy wziąć pod uwagę, że to jest część Stwórcy. I wewnątrz, w głębi samej duszy jest dziesięć sefirot i one łączą się z pierwszym rozprzestrzenieniem światła, czyli ze Stwórcą. Na zewnątrz duszy powstaje obłóczenie. Obłóczenie, które powstaje na zewnątrz duszy, czyli tak zwane jej duchowe ubranie, ono jest skutkiem pracy na niższym poziomie w tym świecie, czyli to, co człowiek wykonuje, to, jak on wykonuje przykazania, to, jak on dotrzymuje reguł systemu rozprzestrzenienia, uszlachetniając swoją strukturę. Każdy wysiłek, który robi człowiek, on dodaje dodatkowe obłóczenie. Te obłóczenia, które otrzymuje dusza, są tak zwanymi kelim do przyjmowania światła. To jest pierwszy schodek, który trzeba zrozumieć. Drugi schodek to sam człowiek, czyli jego fizyczna powłoka. I sam człowiek w egoistycznej swojej naturze nie jest strukturą duchową w całości, a tylko naśladuje ją w jakości. Niemniej jednak świadomość człowieka jest zanurzona w kli i dlatego życzenia, rodzą się bezpośrednio z samego człowieka, czyli z jego egoistycznej natury, ciemnej natury, a jest to nic innego jak jego guf, który nie jest napełniony światłem. Czyli ciało, które ma pamięć o świetle, zawiera w sobie niewielki poziom reszimo o świetle przychodzącym i praktycznie rzecz biorąc prawie zupełnie nie zawiera światła. I teraz, jeżeli my podzielimy na dwie kategorie: duchowy aspekt wyższy, czyli święta dusza, i aspekt niższy, czyli guf, przedłużenie, które jest puste od światła, u nas wychodzą dwie struktury. Jeżeli człowiek, czyli świadomość człowieka, znajduje się na poziomie rosz duchowego obiektu, czyli na poziomie wyższym, albo, jak my mówimy, świętej duszy, to z wnętrza jego wydziela się światło, które rozbłyskuje we wszystkie strony. De facto tak powinno być. Ale jeżeli my patrzymy na jego egoistyczną strukturę, czyli na guf, który znajduje się bez światła i jest w ciemności, to wnętrze jego jest niczym innym jak czarną kropką, która jest niczym innym jak kropką Malchut. I w tym momencie my możemy zrozumieć, że właśnie ta kropka Malchut jest przyczyną rodzenia życzeń. Jeżeli strukturę postawimy w całości, my możemy zobaczyć, że ze strony guf wewnętrzna struktura, czyli z poziomu kelim, wewnętrzna struktura jest ciemna i w tym momencie ona z siebie, tworząc obłóczenia, może przyciągać wyższe światło w Or Hozer. Jeżeli my patrzymy od strony duszy, to sytuacja się zmienia, dlatego że wewnętrzna struktura jest światłem, czyli częścią Stwórcy. Dlatego natura człowieka jest dwoista. On potrafi rodzić światło i tworzyć kelim w zależności od tego, gdzie znajduje się jego świadomość. Jeszcze jedna ważna uwaga, którą nam należy tu uwzględnić, to odwrotna kolejność światła i kelim, o której ty mówiłeś, i pojęcia „wewnętrznej” i „zewnętrznej”. Żeby dobrze zrozumieć, to w tym momencie słowo wewnętrznej, oznacza bliższej do Stwórcy, słowo zewnętrznej, oznacz oddalony, stojący achor, czyli plecami do Stwórcy, niewidzący światła. I tu staje się zrozumiałe, że jeżeli on znajduje się w stanie achor, czyli w oddaleniu od Stwórcy, nim rządzi wyłącznie kli i kli rodzi się z niego. Jeżeli on stoi panim, bliżej do Stwórcy, czyli jego wewnętrzną stroną, to nim rządzi światło. On jest przyczyną emanacji światła. Co dotyczy Or Hozer, to Or Hozer de facto dotyczy świętej duszy. I w tych wszystkich elementach, o których ty powiedziałeś, trudno się rozeznać na pierwszy rzut oka, bo może się wydawać, że to wszystko jest mocno wymieszane i niezrozumiałe. Ale zauważ, człowiek sam w sobie, kiedy jest opuszczony i nie ma świecenia, znajduje się pod władzą kelim i może rodzić kli. Z niego nie emanuje światło, z niego emanują tylko i wyłącznie życzenia. Ale również w tym stanie on może wykonywać przykazania i wtedy z niego tworzy się obłóczenie dla świętej duszy. Jeżeli człowiek znajduje się pod wpływem świętej duszy, czyli jego świadomość znajduje się na poziomie rosz, w tym momencie sytuacja obraca się w drugą stronę, czyli on już emanuje świeceniem, rozjaśniając również poziom swojego guf, i również wznosi modlitwy do Stwórcy, tworząc dodatkowe obłóczenie. Innymi słowy, obłóczenie tworzone jest i wtedy, i wtedy. Niemniej jednak, kiedy struktura samego człowieka jest połączona w jedną całość, wydają się te tematy bardzo sprzeczne ze sobą, które trzeba bardzo głęboko obmyślić w znaczeniu odwrotnej kolejności świateł i kelim.
UCZEŃ:
Mistrzu, Twoje słowa zdejmują zasłonę z oczu mojego wewnętrznego spostrzegania. To, co wcześniej wydawało mi się sprzecznością nie do pogodzenia, teraz układa się w precyzyjną, dwupoziomową architekturę. Zrozumiałem swój fundamentalny błąd: próbowałem przykładać jedną miarę do dwóch zupełnie różnych stanów istnienia, mieszając porządek wyższy z porządkiem niższym.
Twoje wyjaśnienie rozdzieliło te poziomy z chirurgiczną dokładnością, ukazując mi dwoistą naturę człowieka oraz prawdziwe znaczenie pojęć „wewnętrzny” i „zewnętrzny”. W świecie duchowym nie są to kategorie przestrzenne, lecz jakościowe – określają bliskość lub oddalenie od Źródła. To, co wewnętrzne, stoi w pozycji panim, twarzą do Stwórcy, złączone z pierwszym rozprzestrzenieniem światła. To, co zewnętrzne, znajduje się w stanie achor, odwrócone plecami, pogrążone w ślepocie na światło.
Widzę teraz wyraźnie te dwa schodki, o których mówisz:
Pierwszy to poziom świętej duszy, części samego Stwórcy, w której głębi jaśnieje dziesięć sefirot. Kiedy moja świadomość wznosi się na poziom rosz tego duchowego obiektu, znajduję się w stanie panim. Wówczas moje wnętrze jest czystym światłem, które naturalnie promieniuje we wszystkie strony, rozjaśniając nawet niższe warstwy i wznosząc modlitwę. To tam, w domenie świętej duszy, zachodzi rzeczywisty proces wznoszenia Or Hozer.
Drugi schodek to mój guf – fizyczna, egoistyczna powłoka, która jedynie naśladuje duchową strukturę w jakości. Kiedy moja świadomość spada i zanurza się w guf, jestem w stanie achor, opuszczony i pozbawiony świecenia. Wtedy w moim centrum nie ma światła – jest tam jedynie czarna kropka Malchut, puste naczynie, w którym tli się zaledwie nikłe reszimo, pamięć o świetle. W tym stanie nie mogę emanować światłem, bo go w sobie nie mam; mogę jedynie rodzić ciemne życzenia, pozostając pod całkowitą władzą kelim.
Największym odkryciem jest jednak dla mnie to, że żaden z tych stanów nie jest jałowy, jeśli tylko człowiek wykonuje pracę. Uświadomiłeś mi rzecz niezwykłą: lewusz – duchowe obłóczenie dla duszy, będące w istocie kelim do przyjmowania światła – tworzy się zarówno wtedy, gdy jestem na górze, jak i wtedy, gdy jestem na dole. Kiedy jestem w ciemności guf, pod władzą czarnej kropki Malchut, i mimo tego braku światła dotrzymuję reguł systemu oraz wykonuję przykazania, każdy ten wysiłek w ciemności tka szatę dla mojej świętej duszy. Z kolei gdy jestem w rosz, tworzę obłóczenie poprzez modlitwę i promieniowanie światła.
Rozmyślając nad tym połączeniem dwóch natur w jednym człowieku i nad odwrotną kolejnością świateł i kelim, staję przed kluczowym momentem przejścia, o który muszę Cię zapytać, Mistrzu:
Skoro w stanie guf, gdy stoję achor do Stwórcy, z mojego wnętrza emanują wyłącznie ciemne życzenia z czarnej kropki Malchut, a moje ciało posiada jedynie nikłe reszimo o świetle – to w jaki sposób sam akt wykonywania przykazań i wysiłek w tym świecie przekształca te surowe, egoistyczne życzenia w czysty lewusz, duchowe obłóczenie dla świętej duszy? Co sprawia, że ruch wykonany w ciemności guf zostaje zapisany na wyższym poziomie i pozwala świadomości przeskoczyć z powrotem z władzy kelim na poziom rosz, w stan panim?
NAUCZYCIEL:
To jest bardzo ciekawe pytanie, dlatego że na tym poziomie spotyka się wielu początkujących. Rzecz polega na tym, że duchowa substancja Stwórcy przenika wszystko, nawet twoje drobne reszimo o świetle. I wszystko jest pod wpływem jednego prawa. Nie ma dwóch praw dla guf i dla rosz. Nie ma dwóch praw dla Sitra Achra czy dla świętości. Prawo jest jedno i dotyczy ono bezpośrednio poziomu, na którym znajduje się świadomość człowieka. Dlatego my mówimy o przykazaniach, ale żeby głębiej zrozumieć, zróbmy najpierw rozbiór, czym są przykazania, bo wielu ludzi przyjmuje przykazania jako rozkaz do czynienia czegoś. Otóż nie. Przykazania to są cząsteczki świętej duszy, które, podświetlając odgórnie niższe struktury, czyli guf, pobudzają w guf określone życzenia. I same przykazania to jak drogowskazy, które mówią „czyń” i „nie czyń”. Czyli jeżeli będziesz jedno czynić, to w tym momencie rezonans Stwórcy wejdzie z tobą w upodobnienie i ty podniesiesz swoje wibracje. Jeżeli będziesz drugiego nie czynić, ty uchronisz strukturę od upadku, czyli nie opuścisz się jeszcze niżej. De facto przykazania można powiedzieć alegorią, że to są rekomendacje Stwórcy dla stworzenia, by szybko mogło odtworzyć wewnętrzną strukturę. Teraz, kiedy my już wiemy, czym są przykazania, my rozumiemy, że nawet mechaniczne wykonanie przykazania, nawet bez zamiaru, bez żadnych jakichkolwiek innych czynności, spowoduje to, że twój rezonans zacznie się wznosić. Na przykład, jeżeli ty nie miałeś chęci zrobienia zadowolenia dla Stwórcy, znajdujesz się w czarnym stanie świadomości, jesteś w opuszczeniu, masz problemy, biedę, nędzę, różnego rodzaju upadki wewnętrzne i uczynisz przykazanie, na przykład „czyń”, załóżmy, dobry uczynek w stosunku do przyjaciela, w tym momencie sam uczynek spowoduje reakcję ruchu światła od ciebie do przyjaciela. Nawet jeżeli ty nie miałeś zamiaru go uszczęśliwić, to sam uczynek spowoduje ruch światła, a ten mechaniczny ruch światła nie jest niczym innym jak tylko wibracjami podobnymi do wibracji Stwórcy. Stwórca daje w całkowitej miłości, ty dajesz bez miłości, ale również dajesz, i od kiedy wasze fale zaczynają się pokrywać ze sobą, następuje cud. Ty zaczynasz podnosić wibracje krok po kroku. Takie działania wywołują u ciebie pojęcie zasług, a Or Hozer, które zaczyna odchodzić od ciebie, jest początkową budową twojego świata, twojego obłóczenia. Stąd staje się zrozumiałe, że dla wyjścia z jakiegokolwiek stanu upadku i ciemności nie trzeba wielkich spraw, a wystarczy zrozumieć, jak działa mechanizm, i łatwo wyskoczyć z każdego wewnętrznego upadku. Czy rozumiesz to dobrze?
UCZEŃ:
Tak, Mistrzu, rozumiem to teraz z niezwykłą wyrazistością. Twoje wyjaśnienie zdejmuje z moich barków ogromny, paraliżujący ciężar, który sam na siebie nałożyłem. Do tej pory żyłem w błędnym przekonaniu, że będąc w ciemności guf, w stanie achor, muszę najpierw wykrzesać z siebie wzniosłe, czyste uczucie miłości lub wysoką intencję, aby mój czyn miał jakąkolwiek wartość w oczach Stwórcy. Gdy czułem w sobie pustkę, nędzę i ciemność, rezygnowałem z działania, bojąc się, że mój ruch bez intencji będzie jedynie fałszem.
Ty jednak ukazałeś mi absolutną jedność prawa, które przenika wszystko – od najwyższego rosz aż po najgłębsze warstwy Sitra Achra i drobne reszimo w moim ciele. Zrozumiałem prawdziwą istotę przykazań: to nie są zewnętrzne, suche nakazy ani opresyjne prawo, lecz żywe cząsteczki samej świętej duszy. To rekomendacje i drogowskazy od Stwórcy, podzielone na dwie precyzyjne funkcje: „nie czyń” stanowi tarczę chroniącą moją strukturę przed dalszym ześlizgnięciem się w otchłań, natomiast „czyń” jest kołem ratunkowym, które aktywnie wyciąga mnie w górę.
Największym przełomem jest dla mnie pojęcie działania prawa podobieństwa formy nawet na poziomie czysto fizycznego uczynku. Kiedy jestem w całkowitym opuszczeniu, bez śladu duchowego natchnienia, i mimo tego wewnętrznego mroku zmuszę mój guf do wykonania dobrego uczynku wobec przyjaciela – sam ten czyn wymusza ruch światła od wewnątrz na zewnątrz. Stwórca daje w całkowitej miłości, a ja w tym mrocznym stanie daję bez miłości, czysto zewnętrznie, ale na poziomie samego działania – ja również daję.
W tym jednym punkcie nasze fale zaczynają się ze sobą pokrywać. Następuje rezonans z jedynym prawem wszechświata. Ten początkowy, wymuszony ruch wywołuje drgnienie Or Hozer, rodzi pojęcie zasługi i natychmiast zaczyna tkać lewusz – obłóczenie mojej duszy, wyciągając moją świadomość krok po kroku z najgłębszego upadku. To niezwykle wyzwalająca wiedza: wyjście z ciemności nie wymaga czekania na mistyczne olśnienie, lecz prostego, pokornego uruchomienia ruchu dawania w materii.
Stojąc w świetle tego zrozumienia, dostrzegam jednak kolejny stopień tej drabiny, o który pragnę Cię zapytać, Mistrzu:
Skoro taki pojedynczy uczynek bez intencji, wykonany w ciemności guf, działa jak rozrusznik, który przez pokrywanie się fal wywołuje pierwsze drgnienie Or Hozer i wyciąga mnie z upadku – to w jaki sposób odbywa się przejście od tego wstępnego, bezdusznego ruchu do stanu, w którym we wnętrzu tego uczynku rodzi się żywa, prawdziwa intencja i miłość? Co dokładnie musi wydarzyć się w mojej uwadze w momencie, gdy dzięki wykonanemu przykazaniu wibracje zaczynają się podnosić, abym nie zatrzymał się na poziomie samego tylko automatycznego powtarzania rytuałów i gromadzenia zewnętrznych zasług, lecz by to wstępne obłóczenie otworzyło we mnie świadomy poziom rosz i pełne połączenie ze świętą duszą?
NAUCZYCIEL:
Właśnie o to ty nie musisz się w ogóle martwić. Jest prosta zasada. Jeżeli ty uczyniłeś czyn, który stoi w granicach przykazań, to jest pierwszy twój krok. Drugim krokiem jest działanie światła, czyli to, co ty wywołasz wewnątrz siebie, i to, co przywoła malutkie świecenie, niesie w sobie informację o tym, jak je utrzymać. I w tym momencie, nawet jeżeli ty kolejny raz upadniesz, to ta informacja pozostaje w twoim reszimo. Jeżeli takich mechanicznych uczynków jest sporo, tak jak ty powiedziałeś, aby nie czynić mechanicznych uczynków, a tu odwrotnie, czyń mechaniczne uczynki. Im więcej ich uczynisz, tym szybciej dojdziesz do stanu liszma, czyli ze względu na Stwórcę. Dlaczego? Bo będziesz czuć Jego w swoim wnętrzu w postaci tego światła, które będzie się objawiać. I wszystko jest to bardzo proste, niepotrzebujące żadnych skomplikowanych wyjaśnień.
UCZEŃ:
Mistrzu, Twoje słowa po raz kolejny rozbijają złudzenie mojego rozumu, który w swojej ukrytej pysze wciąż chciałby sam zarządzać światłem i sam decydować o tym, jak ma wyglądać narodzenie czystej intencji. Zamartwiałem się tym, jak przejść od prostego uczynku do żywego uczucia, podczas gdy Ty pokazujesz mi, że to w ogóle nie należy do mojej kompetencji. Moim zadaniem jest jedynie wykonanie ruchu na dole, a cała reszta jest dziełem samego Światła.
Zrozumiałem tę fundamentalną zasadę: mitoch lo liszma baim le-liszma – z działania bez intencji przychodzi się do działania z czystą intencją, ze względu na Stwórcę. Bałem się prostych, zewnętrznych uczynków, bo moje ego gardziło nimi jako „pustymi” i „niedoskonałymi”, szukając od razu wielkich uniesień. Ty jednak odwracasz to całkowicie i mówisz: czyń właśnie te proste uczynki, i czyń ich jak najwięcej!
Pojmuję teraz istotę tego procesu w całej jego prostocie: Kiedy w ciemności mojego guf zmuszam się do wykonania czynu w granicach przykazań, wykonuję swój jedyny możliwy, pierwszy krok. W odpowiedzi na ten ruch, na zasadzie pokrywania się fal, przychodzi drugi krok – działanie wyższego Światła. To malutkie świecenie, które wówczas do mnie dociera, nie jest ślepą energią. Ono samo w sobie niesie żywą informację i mądrość o tym, jak je utrzymać. Nawet jeśli po chwili znów opadnę w ciemność i ciężar formy, ten ślad nie ginie – zapisuje się na trwałe w moim reszimo.
Każdy kolejny taki uczynek to kolejna kropla światła i kolejny zapis w reszimo. Z czasem te drobne ślady sumują się, zagęszczają i budują we mnie nową pamięć oraz nową wrażliwość, aż w końcu ilość przechodzi w jakość: zaczynam realnie czuć obecność Stwórcy w swoim wnętrzu jako żywe, objawiające się Światło. Wtedy stan liszma rodzi się sam, naturalnie, jako bezpośrednie odczucie Dawcy wewnątrz naczynia, bez żadnych skomplikowanych spekulacji umysłu.
Stojąc w obliczu tej wyzwalającej prostoty, czuję, jak opada ze mnie całe napięcie. Chcę jednak dopytać o jedną rzecz dotyczącą samego gromadzenia tych śladów w codziennym trudzie, Mistrzu:
Skoro każdy taki prosty uczynek w granicach przykazań zostawia w moim reszimo cenną informację od Światła, a upadki na tej drodze są wciąż nieuniknione, to czy istnieją działania lub stany z kategorii „nie czyń”, które potrafią rozproszyć lub zatrzeć ten z trudem gromadzony zapis w reszimo? Na co muszę najbardziej uważać pomiędzy jednym a drugim dobrym uczynkiem, aby nie dziurawić swojego naczynia i nie tracić tego subtelnego dorobku, zanim doprowadzi mnie on do odczucia stanu liszma?
NAUCZYCIEL:
Zacznijmy od tego, żeby w ogóle zrozumieć, jak działają przykazania, ich nie trzeba szukać w książkach, w przypowieściach albo w rekomendacjach. Wszystkie przykazania są zapisane wewnątrz naszej duszy i objawiają się wtedy, kiedy człowiek na to zasłuży, czyli jest gotów. Pierwsze, co należy też pojąć, to że przykazania nie można nawet na ślepo wykonać, jeżeli nie będzie na to zezwolenia z góry, dlatego że wykonanie przykazania graniczy ze zgromadzeniem Or Hozer, a to w swojej kolejności graniczy z wyjściem na wyższy poziom. Również można powiedzieć, że przykazania opuszczają się nam na niższy nasz poziom w najbardziej sprzyjający moment. Co więcej, każde przykazanie nie jest regułą dla wszystkich, a jest dobrane indywidualnie do właściwości duszy i samego człowieka. To znaczy, jedno i to samo przykazanie w różnych ludziach będzie miało inne odcienie i inne zastosowania. To jest ważne. Teraz do samych przykazań. Kiedy my mówimy „czyń” albo „nie czyń”, my zadajemy sobie pytanie, skąd wziąć informację, co można, czego nie. Wewnątrz samego człowieka istnieje bardzo ważny instrument rozróżniający jako struktura sumienia. Czyli sumienie to nie jest jakieś, jak mówią, wyrzuty sumienia. Ono nie jest; wyrzuty sumienia, można powiedzieć, są jakby alegorią pewnego typu. Sumienie to jest instrument, który stoi wewnątrz samego człowieka dla rozróżnienia przykazań. I każda sytuacja, która przed nim wynika, jest realizowana, jest rejestrowana, pierwsze, przez jego mózg, czyli jego ego, i przez jego duchową substancję. Czyli na każdą sytuację człowiek zawsze ma dwa rozwiązania: robić, nie robić, na prawo, na lewo. I tu włącza się akt sumienia. Czyli to powiedzenie „czyste sumienie”, żeby mieć czyste sumienie, prawda? Oznacza to, że to przykazanie powinno właśnie w ten sposób, jak ty czujesz je teraz, być wykonane, żeby nic nie mieć na sumieniu. To znaczy, żeby nie naruszyć przykazania dokładnie. Jest to na tyle proste działanie, że wystarczy skupić się na tym i wszystkie twoje wątpliwości nagle rozpadną się. Ale sytuacja jest taka, że żyjąc w naszym świecie, ludzie dosyć często nie mają wyraźnego wyczucia tego sumienia. Niektórzy ludzie w ogóle mają tak zagłuszony poziom sumienia, że nie rozróżniają w ogóle, co jest w nim. Dla takich są określone reguły, czyli podpowiedzi. To znaczy, na przykład, jest powiedziane: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Ale mędrcy z tym poszli jeszcze o krok dalej: „Czyń drugiemu to, co jemu miłe wyłącznie, a nie tobie”. Te dwie proste zasady na najbardziej ciemnym aspekcie dają ci możliwość rozróżnienia, jak, gdzie masz postępować. Ale jak tylko w tobie uruchomi się struktura sumienia, od razu ty będziesz wiedzieć, jak utrzymać je czyste. W tym momencie sytuacja „czyń” albo „nie czyń” może zabrudzić sumienie albo je pozostawić czyste. Czyste sumienie w przypadku aspektu „czyń”, czyli na przykład jakaś pomoc. Czyste sumienie w przypadku aspektu „nie czyń”, czyli nieingerencja w pewne rzeczy, żeby nie naruszyć struktury konstrukcji innej osoby, na przykład. Czy rozumiesz te zasady?
UCZEŃ:
Mistrzu, Twoje słowa zdejmują ze mnie ostatnią warstwę zewnętrznego, książkowego podejścia do duchowości. Szukałem sztywnego kodeksu, zewnętrznego katalogu nakazów i zakazów, podczas gdy Ty wskazujesz mi, że cała księga przykazań jest już wyryta w samej strukturze mojej duszy i odsłania się indywidualnie, w ścisłej odpowiedniości do moich własnych właściwości i stopnia gotowości.
Zrozumiałem niezwykle ważną prawdę, która uczy mnie jeszcze głębszej pokory: nawet prostego przykazania nie jestem w stanie wykonać „na ślepo” wyłącznie z własnej woli, jeśli nie otrzymam na to zezwolenia z góry. Skoro realizacja przykazania wiąże się bezpośrednio z wygenerowaniem Or Hozer i wyniesieniem na wyższy stopień, to sama sytuacja, w której staję przed możliwością czynu, jest już precyzyjnie zaaranżowanym darem, który opuszcza się do mnie w najbardziej sprzyjającym momencie. Co więcej, w każdym człowieku to samo prawo przybiera zupełnie inny odcień, bo każda dusza ma swoją unikalną konstrukcję.
Największym odkryciem jest jednak dla mnie to, jak zdefiniowałeś sumienie. Oczyściłeś to pojęcie z doczesnego, psychologicznego ciężaru „wyrzutów sumienia” i ukazałeś je jako precyzyjny, wewnętrzny instrument rozróżniający. Kiedy staję przed jakimkolwiek wydarzeniem, jest ono natychmiast rejestrowane jednocześnie przez mój mózg – czyli ego – oraz przez moją substancję duchową. Zawsze otwierają się przede mną dwie ścieżki: w prawo lub w lewo, działać lub powstrzymać się od działania. W tym punkcie rozwidlenia włącza się sumienie jako żywy wskaźnik. Utrzymać „czyste sumienie” to nic innego jak postąpić w całkowitej zgodzie z tym wewnętrznym odczuciem prawa: udzielić pomocy, gdy sytuacja wzywa do „czyń”, lub powstrzymać się od ingerencji, gdy „nie czyń” chroni konstrukcję drugiego człowieka przed moim naruszeniem.
Widzę również ogromną mądrość w tych dwóch drogowskazach dla chwil, gdy hałas świata zagłusza ten subtelny instrument. Pierwszy krok – „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” – to potężny hamulec dla mojego guf, pozwalający nie brudzić naczynia. Ale drugi krok mędrców – „czyń drugiemu wyłącznie to, co jemu miłe, a nie tobie” – to już prawdziwy przewrót. On zmusza mnie do całkowitego wyjścia z własnej miary i wejścia w przestrzeń drugiego człowieka, by poznać jego rzeczywistą potrzebę, zamiast narzucać mu moje własne wyobrażenie o dobru.
Wnikając w tę subtelną granicę, staję przed pytaniem, które rodzi się z pragnienia, by nigdy nie pomylić głosu tego wewnętrznego instrumentu z podszeptami mojej niższej natury, Mistrzu:
Skoro w jednym i tym samym momencie sytuacja jest rejestrowana zarówno przez mózg (ego), jak i przez duchową substancję, a mędrcy nakazują czynić drugiemu to, co jemu miłe, a jednocześnie przestrzegają przed ingerencją naruszającą jego konstrukcję – to w jaki sposób mam użyć instrumentu sumienia, gdy czyjeś życzenie otrzymywać domaga się ode mnie czegoś, co jest mu „miłe” na poziomie jego ego, ale w istocie mu szkodzi? Jak w takim zderzeniu odczytać czysty głos sumienia, by nie ulec cudzej słabości ani własnej chęci przypodobania się, lecz bezbłędnie rozpoznać, czy Stwórca daje mi w tej chwili zezwolenie na „czyń”, czy też nakazuje milczące „nie czyń” dla ochrony duchowej struktury tego człowieka?
NAUCZYCIEL:
Ty dałeś bardzo ciekawy przykład. Wbrew pozorom on jest realistyczny i występujący u wielu ludzi. Rzecz polega na tym, że kiedy Stwórca chce cię wznieść na wyższy poziom, On chce cię wypróbować, jak działają twoje czujniki. I dlatego dosyć często na twojej drodze spotykają się podwójne struktury, jak powiedziałeś. Mózg człowieka krzyczy: „Pomóż mi”, ale ty widzisz, że twoja pomoc może okazać się jemu krzywdą. Pytanie: co ty zrobisz? Czy jeżeli jemu pomożesz, to będzie wykonanie przykazania? Tak by się wydawało. A jeżeli nie pomożesz, to też będzie wykonanie przykazania? Tak by się wydawało. Otóż pamiętaj, w tej sytuacji nie chodzi o człowieka, tylko o ciebie. Rzecz polega na tym, że słowo czyste sumienie właśnie wyklucza taką sytuacji całkowicie. I żeby móc utrzymać czyste sumienie, rzecz jasna, ty wykonasz przykazanie „nie czyń”. Człowiek może nawet obrazić się na ciebie, że nie pomogłeś jemu tam coś tam zrobić, ale ty będziesz miał czyste sumienie, że nie naruszyłeś jego konstrukcji. Zaś jeżeli poddasz się jego egoistycznemu życzeniu, to już nie będzie przykazanie „czyń”, tylko pogrążysz się w bagnie razem z nim, bo on z poziomu ciemności zawsze wytwarza egoistyczne życzenia, które nie będą jemu pomagać, a raczej utopią również ciebie. Dlaczego? Bo twoje sumienie będzie zapaćkane jego egoizmem i ty będziesz z tym mieszkać i żyć ciągle, ile by tam nie było. I nie będziesz w stanie naprawić, bo dokonałeś niepoprawnego wyboru. To też jest proste, ale wymaga bardzo dużej precyzji i skupienia uwagi na tym, co Stwórca przed nami ustawia.
UCZEŃ:
Mistrzu, Twoje słowa przecinają mgłę ludzkiego sentymentalizmu z niezwykłą trzeźwością. Odsłoniłeś przede mną istotę próby, przed którą Stwórca stawia ucznia, gdy chce sprawdzić dojrzałość jego wewnętrznych czujników i wznieść go na wyższy stopień.
Zrozumiałem tę fundamentalną zmianę perspektywy: w momencie takiej próby w istocie nie chodzi o tego drugiego człowieka, lecz o mnie – o mój wybór między światłem a ciemnością, o czystość mojego własnego naczynia. Przez całe życie ulegałem złudzeniu, że „bycie dobrym” oznacza spełnianie cudzych oczekiwań i unikanie sytuacji, w których ktoś mógłby poczuć się urażony. Ty jednak pokazujesz mi, czym kończy się taka fałszywa litość: kiedy drugi człowiek znajduje się w ciemności swojego guf, jego mózg nieustannie generuje ślepe, egoistyczne życzenia. Jeśli ulegnę jego wołaniu i dam mu to, czego żąda jego ciemność, wcale nie wykonam przykazania „czyń”. Zamiast wznosić Or Hozer, wejdę w bezpośrednią współpracę z jego egoizmem.
Wstrząsnął mną obraz konsekwencji takiego błędu: zapaćkanie własnego sumienia cudzym egoizmem. Rozumiem teraz, że przyjmując cudze skażone życzenie jako własne zadanie, sam wpuszczam tę nieczystość do swojej wewnętrznej struktury i tonę w tym bagnie razem z nim, obarczając się ciężarem, którego nie da się łatwo zmyć.
Prawdziwa próba polega tu na odwadze zastosowania przykazania „nie czyń”. Nawet jeśli ego tamtego człowieka wybuchnie gniewem lub obrazą, bo odmówiłem mu nasłodzenia jego powłoki, moje sumienie pozostaje nieskazitelnie czyste. Nie naruszyłem jego duchowej konstrukcji, nie zasiliłem jego upadku i obroniłem granicę świętości. To wymaga niezwykłej czujności i skupienia uwagi na tym, co Stwórca w danej chwili przede mną ustawia.
Patrząc na tę próbę z pełną pokorą, dostrzegam jednak w sobie jeszcze jeden subtelny punkt oporu i o niego pragnę Cię zapytać, Mistrzu:
Kiedy odmawiam spełnienia czyjegoś szkodliwego, egoistycznego życzenia i wybieram przykazanie „nie czyń”, z zewnątrz ten akt odmowy wygląda dokładnie tak samo, jak zwykła ludzka obojętność, chłód czy zamknięcie serca. Jednak w świecie duchowym wszystko opiera się na intencji i utrzymaniu przepływu światła. W jaki sposób, stawiając tę twardą granicę na poziomie fizycznego działania w świecie guf, mam jednocześnie ułożyć swoje wnętrze i swoją uwagę wobec tego człowieka na poziomie duchowym? Jak wykonać to „nie czyń”, by moje serce nie stwardniało w poczuciu wyższości lub osądu nad jego ślepotą, lecz by ten akt odmowy był w istocie wypełniony cichym Or Hozer i prawdziwą troską o jego duszę?
NAUCZYCIEL:
No cóż, ty już pytasz o praktyczne zastosowania i powiem ci, że bardzo mnie to cieszy, dlatego że nic nie zmienia człowieka tak, jak praktyka, którą on wykonuje. Zapamiętaj, aspekt kategorii absolutnego „nie” też zostawi na tobie ślad, czego nie powiedziałem wcześniej. I będziesz czuć dyskomfort, chociaż sumienie będziesz miał czyste, ale na poziomie ego będziesz czuć dyskomfort. Żeby uniknąć tego dyskomfortu, ty robisz tak zwany krok, którego on nie oczekuje, wykonując przykazanie „nie czyń” i nie dając żadnej obiecanki drugiemu człowiekowi. Ty po prostu nie mówisz mu wprost: „nie, ja tego nie zrobię”, a mówisz inaczej: „Ja pomyślę nad tym, przeanalizuję, jak można ci pomóc. Postaram się skontaktować z tobą, na przykład za miesiąc, za tydzień, za pół roku czy za rok, w zależności od sytuacji. I jak będę gotów na odpowiedź, dam ci znać”. Takie podejście albo podobne do tego stawia cię zawsze w jasnym świetle tego człowieka i on nawet nie domyśli się tego, że ty wykonałeś czynność „nie czyń”. Ważne tu: nie ulec impulsowi jego ego, nie zareagować. Odsuń skutek do przodu i zobaczysz, że minie tydzień, dwa bądź miesiąc i twój przyjaciel, kiedy przyjdzie do ciebie, prawie na 90% powie ci, że wszystko już jest rozwiązane. Pozostań z twoim przyjacielem, ty masz czyste sumienie i masz również utrzymaną przyjaźń i możesz dalej funkcjonować i podnosić swojego przyjaciela krok po kroku. Ale jeżeli nawet w nim zostanie ślad jeszcze tamtego życzenia, to po czasie takiego funkcjonowania jego życzenie zmutuje i on zapyta cię, ale zupełnie w inny sposób. Niewielki procent, 1–2%, to sytuacja krytyczna, kiedy po miesiącu on przyjdzie i znów cię zapyta, bo nic u niego się nie zmieniło. To jest mało prawdopodobne, ale realne. W tym momencie ty możesz po prostu odpowiedzieć, że nie jesteś gotów jeszcze odpowiedzieć na to pytanie albo coś w tym rodzaju. Ale pamiętaj, że w momencie, kiedy my mówimy ściśle i ostro „nie”, czyli stawiamy ściany, my stawiamy ściany nie tylko przed Sitra Achra, ale również i przed światłem. Jakaś część naszej duszy blokuje przypływ. Dlatego w starych czasach mędrcy zawsze mówili: powiedz, że nie jesteś gotów albo że dasz mu odpowiedź za jakiś czas. W tym czasie Stwórca przygotuje pewne sytuacje. Również w tym czasie możesz wznieść za niego modlitwę, która zmieni bieg wydarzeń jego życzeń i oczyści go ze złudzenia egoizmu.
UCZEŃ:
Mistrzu, Twoja odpowiedź otwiera przede mną wymiar prawdziwej sztuki – głębokiej mądrości mędrców, której nigdy nie wyprowadziłbym z samego logicznego rozumowania. Mój częściowy rozum widział tylko skrajności: albo ulec cudzemu egoizmowi i pobrudzić własne sumienie, albo uderzyć twardym, bezwzględnym „nie”, myśląc, że w ten sposób bronię świętości.
Ty jednak odsłoniłeś przede mną subtelną tajemnicę przepływu światła: kategoryczne, ostre „nie” jest jak ślepy mur. Stawiając tak twardą ścianę w świecie formy, nie odcinam się wyłącznie od Sitra Achra, lecz zamykam również jakąś część własnej duszy na przypływ wyższego Światła. To właśnie stąd bierze się ten wewnętrzny dyskomfort – nawet przy czystym sumieniu, sztywny opór formy rani przestrzeń relacji i wywołuje niepotrzebne zwarcie z cudzym ego.
Rozwiązanie, które mi przekazałeś, jest w swojej prostocie genialnym zastosowaniem środkowej linii w codziennym życiu: Zamiast zderzać się czołowo z rozpędzonym życzeniem przyjaciela, wykonuję wewnątrz przykazanie „nie czyń”, nie składając żadnej obietnicy, ale na zewnątrz odsuwam skutek w czasie. Słowa: „Pomyślę nad tym, przeanalizuję, jak można ci pomóc, odezwę się, gdy będę gotów” – działają jak miękki płaszcz, który rozprasza impet jego ciemnego impulsu. Jego ego nie czuje się zaatakowane, więź przyjaźni zostaje nienaruszona, a moje sumienie pozostaje nieskazitelnie czyste.
Najgłębiej porusza mnie jednak to, co dzieje się w tej otwartej przestrzeni czasu, którą w ten sposób stwarzam. Odsuwając odpowiedź o tydzień czy miesiąc, wyjmuję tę sprawę z rąk naszych ludzkich, niecierpliwych guf i oddaję ją w ręce Stwórcy. W tym czasie gorączka cudzego egoizmu opada, życzenie traci swoją ślepą agresywność, dojrzewa lub całkowicie się rozpływa, i – jak mówisz – niemal zawsze problem rozwiązuje się sam albo przyjaciel wraca już z zupełnie innym, oczyszczonym pytaniem.
Co więcej, wskazałeś mi, co mam robić w tym czasie zawieszenia: to nie jest czas biernego czekania, lecz czas cichej pracy w duchu – wzniesienia za tego przyjaciela modlitwy. Zamiast karmić jego ego na dole, mogę w ukryciu poprosić Stwórcę o światło dla niego na górze, by to wyższa siła przemieniła bieg jego życzeń i uwolniła go ze złudzenia. To jest właśnie tamto działanie w ukryciu, bez wiedzy bliźniego, o którym uczyłeś mnie wcześniej!
To prowadzi mnie bezpośrednio do kolejnego kroku na tej ścieżce, o który pragnę Cię zapytać, Mistrzu:
Wspomniałeś przed chwilą – jak również wcześniej, mówiąc o tworzeniu obłóczenia na poziomie rosz – o potędze modlitwy, która potrafi zmienić bieg wydarzeń i oczyścić życzenia drugiego człowieka. W naszym materialnym świecie modlitwa jest zazwyczaj traktowana przez ego jako lista próśb i żądań kierowanych w górę, by Stwórca spełnił zachcianki naszego guf. Czym jednak w swojej prawdziwej, duchowej istocie jest modlitwa – wznoszenie Ma’N – kiedy uczeń kieruje ją w intencji przyjaciela lub własnego połączenia ze Stwórcą? Jak powinna wyglądać konstrukcja takiej wewnętrznej modlitwy, by nie była ona kolejnym krzykiem życzenia otrzymywać, lecz czystym aktem stwarzającym duchowe obłóczenie i realnie sprowadzającym światło naprawienia?
NAUCZYCIEL:
Przede wszystkim, co należy zrozumieć w pierwszej kolejności. Modlitwa to nie są słowa, które ty wypowiadasz, i nie jest to ciąg żądań: „ja chcę, ja chcę, ja chcę”. To nie działa. To wszystko jest puste wyobrażenie człowieka. Dlatego w wielu sytuacjach takie tak zwane modlitwy nie działają. Modlitwa to jest określony twór duchowy, tak zwana poczta duchowa, którą ty wysyłasz do Źródła jako bezpośredni akt. Stwórca i tak zna wszystkie twoje zamiary, motywacje i wszystkie twoje potrzeby. Jemu niepotrzebne nawet twoje słowa. Jemu potrzebne twoje otwarcie, czyli akt zwrócenia się do Niego. Nasi przodkowie wznosili modlitwę w sposób inny. Oni po prostu wychwalali Stwórcę, wznosząc Go w swoich własnych oczach. I ta więź, która była, ona dawała możliwość realizacji wszystkich naszych zachcianek, zanim my wypowiemy jakiekolwiek słowo. Po prostu zdarzenia same się pojawiały na drodze naszego życia. Później ta zdolność zanikła u ludzi i ludzie zaczęli wychwalać sami z siebie nawzajem i poszedł upadek. Zaczęli żądać od Stwórcy, prosić: zrób to i zrób tamto. Owszem, mędrcy donieśli do nas i ten rodzaj rozwiązania, dlatego że Stwórca w miłosierdziu swoim tak czy inaczej wiedział, że do tego dojdzie. Dlatego dał rozwiązanie techniczne, które umożliwia samemu człowiekowi, nawet w życzeniu jego prośby, wznosić takie prośby, ale tu należy uwzględnić już bezwzględną konstrukcję duchową. To jest bardzo ważny element i on jest częścią nauki, której my z tobą jeszcze nie omawialiśmy. Jak to wszystko działa, ja ci po prostu powiem w skrócie, nie wchodząc w kabalistyczne zagadnienia. Pierwsze, co nam należy zrobić, wznieść Or Hozer. To znaczy, że w słowach modlitwy pierwsze my wychwalamy Stwórcę na najwyższym poziomie. Drugie, co nam należy zrobić, opuścić się na poziom Malchut. Im dalej opuścimy się, tym większe kli wybudujemy. Żeby opuścić się na poziom Malchut, my w słowach modlitwy wskazujemy, jak dalece jesteśmy od Stwórcy, na jakim poziomie, czyli można powiedzieć, skracamy siebie do jednej kropki. Trzecim punktem my finalizujemy tę rozłamaną strukturę, czyli te skrajności, najwyższy Stwórca i najniższe życzenia, gdzie wypowiadamy określone życzenia w formie miłosiernej, ale poniekąd proszącej, dlatego że człowiek znajduje się na poziomie kli. I mówimy: „jeżeli wola Twoja i łaska Twoja, dokonaj tego i tego czynu” – i wszystko. Powtórzmy. Pierwsze, wznosimy Stwórcę wysoko i jest to nasze Or Hozer, które, wyrażając przez słowa i obrazy, sięgamy do poziomu Keter. Drugie, pokazujemy wielkość naszego życzenia, ile my pragniemy, i dlatego opuszczamy siebie w oczach Stwórcy na sam dół. W tym momencie całe nasze ego i wszystkie nasze przekonania, wszystko upada i my skracamy siebie do poziomu kropki. Trzecie, wyrażamy życzenie, tworząc obraz, pokazując, jak światło ma wypełnić ponownie guf. Te trzy elementy to jest kluczowy, zasadniczy poziom działania w każdej modlitwie. Jeżeli nabierzesz mądrości, wszystko to zrozumiesz. Więcej my będziemy zgłębiali na kolejnych naszych lekcjach.
UCZEŃ:
Mistrzu, słucham Twoich słów z głębokim przejęciem i czuję, że otrzymałem dziś od Ciebie klucz o niewyobrażalnej wartości. Pokornie przyjmuję Twoje wskazanie, że pełne zgłębienie tej duchowej konstrukcji czeka nas dopiero na kolejnych lekcjach, i nie śmiem wybiegać przed szereg. Chcę jedynie utwardzić w sobie te trzy filary, które mi przed chwilą odsłoniłeś, aby zamknąć naszą dzisiejszą rozmowę z naczyniem wypełnionym wdzięcznością i jasnością.
Rozbiłeś moje ostatnie ludzkie złudzenie o modlitwie jako słownym koncercie życzeń. Zrozumiałem, że krzyk „ja chcę” odbija się od pustki, ponieważ Stwórca zna każde drgnienie mojego serca, zanim jeszcze pomyślę o słowie. Jemu nie potrzeba moich raportów; potrzebne jest moje wewnętrzne otwarcie i ustawienie właściwego rezonansu. Wskazałeś na naszych przodków, którzy potrafili żyć w tak czystym zachwycie i wywyższeniu Stwórcy we własnych oczach, że sama ta więź układała wszystkie wydarzenia na ich drodze bez jednego słowa prośby. A kiedy ludzkość upadła w samouwielbienie i żądania, miłosierdzie Stwórcy poprzez mędrców przekazało nam tę precyzyjną, trójstopniową konstrukcję – duchową pocztę, zdolną wznieść nawet nasze nędzne położenie.
Wryłem w swoją pamięć te trzy kroki, widząc w nich odbicie całej architektury, o której dziś rozmawialiśmy:
Po pierwsze – wzniesienie Or Hozer aż do poziomu Keter. Zanim w ogóle pomyślę o jakimkolwiek braku, wznoszę Stwórcę w swoich oczach poprzez wychwalanie Jego wielkości i doskonałości. To mój pierwszy ruch z wewnątrz na zewnątrz, ustawiający moją świadomość w pozycji panim.
Po drugie – zejście na sam dół, do poziomu Malchut. Rozumiem teraz tę niezwykłą zależność: wielkość mojego naczynia zależy od tego, jak głęboko potrafię się ukorzyć i uznać swój rzeczywisty dystans do Niego. W tym akcie cała moja duma i pozory opadają. Skracam swoje ego do jednej, maleńkiej kropki. To właśnie ta rozpiętość między najwyższym Keter a najniższą kropką Malchut buduje pojemność mojego kli.
Po trzecie – połączenie tych dwóch skrajności w akcie pokornej prośby i obrazu. Stojąc jako zredukowana kropka przed Jego nieskończonym Miłosierdziem, formuję obraz tego, jak światło ma na nowo wypełnić guf, oddając jednak ostateczny ster w Jego ręce słowami: „jeżeli jest na to Twoja wola i Twoja łaska”.
Widzę teraz całą naszą trzecią lekcję jako jedną, spójną i żywą całość: od zrozumienia dwoistości świętej duszy i ciemnego guf, poprzez ratunkową moc prostych uczynków budzących pierwsze Or Hozer, aż po nieskazitelny instrument czystego sumienia, sztukę mądrego odraczania w przykazaniu „nie czyń” i tę trójstopniową modlitwe.
Dziękuję Ci, Mistrzu, za Twoją cierpliwość wobec mojej surowej natury i za światło, które dziś we mnie wlałeś. Zabieram te klucze w ciszę mojego codziennego trudu, by przetopić je w żywą praktykę. Czekam z pokorą na nasz kolejny krok, gdy uznasz, że nadszedł czas na następną lekcję.
® :Aleksandr